Polskie niewolnice
 
Kliknij, aby powiękrzyc
- Codziennie rano musieliśmy stawiać się na apele - opowiada rozżalona pani Iza. - Właściciel wyzywał nas. Krzyczał "wy, polskie świnie!"
Fot:
Sławek Ryfczyński

- To nie była plantacja truskawek, tylko obóz pracy - skarżą się dwie świnoujścianki, które urząd pracy wysłał na zbiór truskawek do Niemiec.

Urzędy pracy w całej Polsce podpisały umowy z niemieckim plantatorem w Broisch koło Achen. Wysłano tam 120 kobiet, w tym dwie ze Świnoujścia. Obiecano im doskonałe warunki socjalne, pracę przez 40 godzin tygodniowo i wypłatę za każdą godzinę po 5,17 euro. Niestety, już po przybyciu na miejsce okazało się, że plantator zwyczajnie kłamał.

Pani Izabela od pół roku była zarejestrowana jako bezrobotna w świnoujskim urzędzie pracy. Ucieszyła się, gdy zaproponowano jej atrakcyjną pracę za granicą.

- Wiedziałam, że praca będzie ciężka - przyznaje. - Zgodziłam się na zaproponowane przez urzędniczki warunki i podpisałam umowę. Miałam pracować przy zbiorze jabłek. Tak, tak jabłek, a nie truskawek.

Godzinę później faksem przyszła umowa, na której widoczne było jedynie nazwisko pracodawcy, miejsce wyjazdu i trzy daty. Reszta była niewyraźna. To nie wzbudziło jednak żadnych podejrzeń urzędników. Podobnie jak to, że w ostatniej chwili niemiecki plantator wycofał się z opłacenia pracownikom przejazdu.

 

Każda miała swój numer

W ciągu dwóch dni pani Izabela musiała być gotowa do wyjazdu. Zapożyczyła się na opłacenie 330 zł za przejazd i przeżycie pierwszych dni w Niemczech.

To, co zobaczyła na miejscu, przeraziło ją. Wokół rozciągały się pola, po drugiej stronie znajdowały się stajnie przerobione na hangary mieszkalne.

- Do miejsca zakwaterowania szłyśmy gęsiego - opowiada. - Nasz szef przywitał nas wyzwiskami. Poczułyśmy się, jakbyśmy trafiły do obozu pracy. Nawet ci, którzy często jeździli za granicę, byli przerażeni warunkami. Jakby tego było mało, każdy dostał numer identyfikacyjny.

Okazało się, że nie będą zbierać jabłek, ale truskawki. Nie było mowy o zapłacie za godzinę, bo musiały pracować na akord przez co najmniej 12 godzin. I tak przez cały tydzień. Na koniec przedstawiono im zupełnie inną umowę, mówiąc, że ta pierwsza (podpisana w Polsce) jest nieważna.

- Powiedziano nam tylko, że zmieniły się warunki pracy - mówi pani Izabela. - Jeżeli się postaramy, to możemy więcej zarobić. Ja nie chciałam więcej, tylko tyle, ile miałam na umowie. Na to się przecież zgodziłam przed wyjazdem.

Za mieszkanie w wieloosobowych pokojach, bez ciepłej wody, toalet czy pryszniców kazano im płacić 4 euro dziennie. Za zniszczenie ceratowego ubrania roboczego, zgubienie drucianego koszyka, czy nieposprzątanie pokoju musiały płacić po kilkadziesiąt euro.

Pracodawca oznajmił im również, że jeżeli zebrane przez nie truskawki, nie spodobają się odbiorcy, jego straty będą pokrywane z ich pensji.

- Przez pół dnia pracy zbierałam truskawki, tylko po to, żeby pokryć swoje dzienne utrzymanie - przyznaje pani Iza. - Wyszło na to, że to ja musiałam im płacić za możliwość pracy.


Zarabiał podwójnie

Na polach panował okropny upał. Kobiety pozbawiono nie tylko sanitariatów, czy możliwości umycia się, ale nie dano im także wody do picia.

- Trudno było wytrzymać na polu - opowiada pani Izabela. - Ci, którzy byli bardziej zaradni, brali w butelkach wodę z kranu. Potem jednak mieli okropne rozwolnienie. Dowiedziałam się, że niemieckie prawo nakazuje zaopatrzenie pracowników w wodę. My jednak nie mieliśmy żadnych praw.

Właściciel plantacji zakazał kierowcom wożenia pracownic do odległego o 4 kilometry miasta. Nie mogły zrobić żadnych zakupów. Początkowo nie rozumiały dlaczego. Później jednak okazało się, że szef ma w pobliżu swój sklep, w którym powinny się zaopatrywać.

- Były tam tylko warzywa, chleb i margaryna - mówi pani Izabela. - Według niego, to miało nam wystarczyć. Kiedyś pożyczyliśmy od kierowców rowery. Zostali za to surowo ukarani.  

Polak Polakowi...

Nikt nie odważył się narzekać. Plantacją rządził niemiecki właściciel oraz jego żona z bratem i bratową, którzy byli Polakami. To oni - jak mówi pani Iza - wprowadzali największy terror wśród pracowników.

- Nikt nas nie informował, co się dzieje - opowiada pani Iza. - Nie wiedziałyśmy, jak długo mamy tam być. Straszono nas zwolnieniem dyscyplinarnym albo natychmiastowym powrotem do Polski. Mówili, że naskarżą w naszych urzędach pracy i będziemy miały zakaz pracy za granicą.


Oszukani, bez pieniędzy

Dwie świnoujścianki z trudem wróciły do Polski. Po 37 dniach pracy w Niemczech, pieniędzy wystarczyło im tylko na oddanie zaciągniętych na wyjazd długów. Pani Izabela ma żal do urzędników świnoujskiego pośredniaka, że nie sprawdzili pracodawcy, do którego ich wysyłali.

- Mogłyśmy trafić do domów publicznych, a oni by nic o tym nie wiedzieli - mówi z wyrzutem. - Nigdy już nie pojadę do pracy za granicą i nigdy nie zaufam urzędnikowi.
 

I nic nie można zrobić

Dyrektor Państwowego Urzędu Pracy w Świnoujściu przyznaje, że oferty pracy które otrzymują, nie są sprawdzane. Dotyczy to zarówno pracodawców z Polski jak i zza granicy.

- Akurat tę ofertę otrzymaliśmy z Wojewódzkiego Urzędu Pracy - wyjaśnia dyrektor PUP Renata Młynarczyk. - Mieliśmy dwa dni, żeby znaleźć chętnych. Wszystko wydawało się być zgodne z prawem.

Okazało się jednak inaczej.

Jak mówi, wysłane do pracy kobiety, natychmiast powinny poinformować o wszystkim urząd.

- Teraz nie możemy nic zrobić w tej sprawie - rozkłada ręce Renata Młynarczyk.

 

Katarzyna Gawle, 10 listopada 2005 r.                      Więcej...   14 listopada 2005 r.   Wstąp na forum i dodaj swoją opinię..