Podejrzany statek
 

Wczoraj do świnoujskiego portu nie wpłynął żaden statek wycieczkowy niemieckiego armatora Adler-Schiffe. Nie pojawił się również w Międzyzdrojach. Dziś rejsy mają być już wznowione.

Armator wstrzymał rejsy w obawie przed konsekwencjami i dalszym zaostrzeniem sytuacji. Wszystko po tym, jak we wtorek kapitan jego statku Adler-Dania uciekł ze świnoujskiego portu i uprowadził trzech naszych celników. Na wniosek polskiej Straży Granicznej od środy jednostka jest na liście podejrzanych statków. Oznacza to, że jeśli tylko pojawi się na polskim obszarze, zostanie natychmiast zatrzymana.

 

W niemieckich mediach ostro

Przed ucieczką Adler-Dania zawijała do Świnoujścia trzy razy dziennie. Tyle samo do Międzyzdrojów. O utworzenie tam morskiego przejścia granicznego na przystani armator zabiegał 2 lata. Przejście ruszyło dopiero we wrześniu tego roku.
Pierwsze informacje przekazane wczoraj przez niektóre niemieckie media przedstawiały ucieczkę i uprowadzenie polskich funkcjonariuszy wręcz demonicznie. Pisano m.in. że polska straż graniczna ostrzelała niemiecki statek.

Po kilku godzinach informacje skorygowano. Nieoficjalnie mówi się, że po informacjach od niemieckiej straży granicznej. Zdarzenie zaczęto opisywać już znacznie łagodniej.

W oświadczeniu niemiecki armator nazwał polskich celników „trzema nieumundurowanymi osobami”, nie posiadającymi ani międzynarodowej legitymacji, ani nakazu rewizji, a domagały się dostępu do zamkniętej części statku. Dlatego - według Niemców - kapitan zastosował procedury, jak w przypadku zamachu na statek.

- To jakieś bzdury - mówi Janusz Wilczyński, rzecznik prasowy Izby Celnej w Szczecinie. - Nie mamy i nie musimy mieć międzynarodowych legitymacji. Nasi ludzie kontrolowali statek pod kątem podatkowym na polskich wodach terytorialnych i obowiązywały polskie przepisy.

Armator zarzucił też celnikom, że nie było z nimi tłumacza.

- Kontrolerzy porozumiewali się z kapitanem przez członka załogi. Kapitan doskonale wiedział, o co chodzi - twierdzi dobitnie Janusz Wilczyński.


Ani słowa o próbie zatrzymania
 

W oświadczeniu armatora nie ma natomiast ani słowa o tym, dlaczego jego kapitan nie zatrzymał jednostki na wezwanie polskiej Straży Granicznej.

- Nasi ludzie zastosowali procedury, jakie obowiązują w takich przypadkach. Gdy dowiedzieliśmy, że statek ucieka został ogłoszony alarm. Potem kontaktowali się z jednostką drogą radiową, ale kapitan nie odpowiadał na nasze wezwania - wylicza Tadeusz Gruchalla, rzecznik prasowy komendanta Morskiego Oddziału Straży Granicznej.

Kolejny krok to sygnały ostrzegawcze. Nasi ludzie wystrzelili zielone race. Ale i to nie pomogło. Statek nie tylko nie zatrzymał się, ale jeszcze przyspieszył. W tej sytuacji pogranicznicy mogli użyć ostrej amunicji. Nie zrobili tego jednak.

- Przede wszystkim dlatego, że zachowali przytomność umysłu - wyjaśnia Tadeusz Gruchalla. - Wiedzieli przecież, że na pokładzie są ludzie. Oddanie strzałów mogło skończyć się różnie. Poza tym, wiedzieli co to za jednostka i że ucieka tylko do Niemiec, a nie gdzieś dalej.


Niemiecka policja nie widziała przestępstwa

Komendant MOSG w Gdańsku nie doczekał się jeszcze wyjaśnień ze strony niemieckiego armatora. W oświadczeniu dla mediów stwierdził jedynie, że podjął wewnętrzne postępowanie wyjaśniające i „jest zainteresowany wyjaśnieniem zaistniałego incydentu z polskimi urzędami”. Na razie wyjaśnienie przysłała tylko niemiecka policja.

- Twierdzą, że niemiecki kapitan powiadomił ich, że trzy osoby podają się za funkcjonariuszy polskich służb celnych i chcą przeprowadzić kontrolę jednostki, ale nie mają do tego żadnych uprawnień. W związku z tym uznał, że jest to zagrożenie bezpieczeństwa i wraca do Niemiec. Po wyjaśnieniu, że to jednak są polscy celnicy, niemiecka policja zwolniła ich i na tym jej udział się zakończył - opowiada Tadeusz Gruchalla.

Wiadomo, że sprawę bada także niemiecka straż graniczna. Polski MSZ nie podjął dotąd żadnych kroków w sprawie ucieczki i uprowadzenia.


Hanka Lachowska, 20 października 2006 r.