Jak Wolin witał swoją królową
 
Kliknij, aby powiększyć
Na wyspę Wikingów Marzenę przywiozła łódź wojów. Za chwilę wolinianka otrzyma od nich skandynawski naszyjnik z krzyżykiem. Ma ją chronić przed smutkami.
Fot:
Marcin Bielecki

Ta prawda jest smutna. Żaden z mężczyzn nie ma szans podbić serca Marzeny Cieślik. I nie tylko dlatego, że najpiękniejsza Polka ma już przyjaciela. Większy problem stanowi jej tata - Roman.

Miss Polonię 2006 r. witało w Wolinie prawie półtora tysiąca mieszkańców. Większość stanowili mężczyźni. Bez względu na wiek, komplementowali piękną woliniankę.

- Boże, jaka ona boska - mówił 17-letni Dawid. - Chciałbym mieć taką dziewczynę.

- Ciekawe, co by na to powiedziała twoja Kaśka - odparował stojący obok kolega.

Także panie nie ukrywały, że Marzena zasłużyła na koronę najpiękniejszej Polki.

- Zawsze była atrakcyjna. Już w szkole wszyscy oglądali się za nią - twierdzi Lucyna Maciejowska, która przez cztery lata chodziła z Marzeną do szkoły.

Rodzice Marzeny zapewniają, że nie ingerują w życie osobiste 25-letniej córki.
- Jest dorosła - mówi Maria Cieślik, mama. - Ma przyjaciela, ale to nie jest jej narzeczony.

Chodzi o tajemniczego mężczyznę, który mieszka i pracuje w Szczecinie. Marzena nie chce o nim mówić. Wiadomo jedynie, że jest od niej starszy, a z zawodu jest protetykiem dentystycznym. Nie było go podczas powitania na lotnisku w Goleniowie i w Wolinie.

Był natomiast tata Marzeny. Ten taksówkarz z zawodu broni zawzięcie prywatności córki.

- Niedawno wiozłem pewnego pana, który wiedział, że jestem tatą Marzeny. Chyba strasznie chciał się z nią umówić, bo prosił mnie o telefon do niej. Był nawet sympatyczny, ale odmówiłem. Dostał za to folder ze zdjęciami córki. Trochę mu to osłodziło moją odmowę - opowiada pan Roman.

Marzena Cieślik nie planuje na razie ślubu ze swoim przyjacielem. Przez najbliższy rok czekają ją obowiązki Miss Polonii. We wtorek wraca do Warszawy, gdzie spędzi kilka miesięcy i będzie się przygotowywać do wyborów Miss Świata.



Mariusz Parkitny, 25 sierpnia 2006 r.