Szczecinianin zginął na Atlantyku
Cicha śmierć
O śmierci marynarza dowiedziałam się z nekrologu. Od tragedii upłynął prawie miesiąc i ze strony armatora nie było żadnej informacji. Gdy ginie polski górnik, to od tego zaczynają się wszystkie serwisy informacyjne. Gdy ginie polski marynarz, jest cisza. Społeczeństwo wie, że mamy górników, których praca jest ciężka i niebezpieczna. Ale czy wie, że mamy także tysiące marynarzy wykonujących równie trudny i niebezpieczny zawód?

Krystyna Pohl

W minionym tygodniu odbył się w Szczecinie pogrzeb starszego marynarza Kazimierza O., który tragicznie zginął na statku "Isa” należącym do Polskiej Żeglugi Morskiej.

Do wypadku doszło w połowie lipca br. Statek z ładunkiem wyrobów stalowych płynął z Europy na Wielkie Jeziora Amerykańskie. Znajdował się na Atlantyku, około 400 mil od wybrzeży Irlandii. Była dobra pogoda, więc po ósmej rano kapitan zadecydował o przeprowadzeniu ćwiczeń alarmu "człowiek za burtą”. Ćwiczenia poszczególnych alarmów muszą w określonych terminach odbywać się obowiązkowo na każdym statku. Uczestniczą w nich całe załogi. Zgodnie z procedurą na wodę opuszczono łódź ratowniczą. W środku znajdowali się: starszy marynarz Kazimierz O., II mechanik Zbigniew S. i III oficer Grzegorz C.


Bosman skoczył na pomoc
 

Po zakończeniu ćwiczeń podpięto łódź do haka i zaczęto ją wciągać na statek. W pewnym momencie, gdy znajdowała się na wysokości około 8 metrów, zerwała się stalowa lina o grubości około półtora centymetra. Łódź runęła w dół. Uderzyła o powierzchnię wody. Trzy osoby wypadły do wody. Ze statku natychmiast skoczył im na ratunek bosman Krzysztof S.

- To była jego decyzja, nie czekał na pozwolenie - mówi Jerzy Sieradzan, szef biura personalno-administracyjnego PŻM. - Wyciągnął z wody poszkodowanych. Za ten niezwykły czyn wystąpiliśmy do resortowego ministerstwa o przyznanie mu medalu za odwagę w ratowaniu życia.

Na statku jako pasażerowie płynęli amerykański lekarz i dwie pielęgniarki. Natychmiast przystąpili do reanimacji Kazimierza O. Opatrzyli złamania kończyn mechanika i oficera.

- Niestety, mimo podjętej fachowej akcji nie udało się uratować marynarza - ubolewa kpt. Sieradzan. - Pan Kazimierz zmarł około godz. 13. Zostawił żonę i czworo dorosłych dzieci. Najmłodsza córka ma 18 lat. W PŻM pracował od 1990 roku. Pamiętam go dobrze, był członkiem mojej załogi. To był wyjątkowo sumienny i pracowity człowiek, uzyskiwał najwyższe oceny przełożonych. Jego śmierć, to wielka strata. Jesteśmy wstrząśnięci tym wypadkiem. Ponad ćwierć wieku pracuję w PŻM i o takim tragicznym wydarzeniu nie słyszałem.

Dwaj ranni oficerowi zostali wezwanym śmigłowcem przetransportowani do szpitala w Irlandii. Aby było to możliwe statek musiał podpłynąć bliżej brzegów. Pod koniec lipca specjalnym samolotem medycznym przywieziono ich do kraju, do szpitala MSW w Warszawie. Tam jeden z nich przeszedł skomplikowaną operację. Od paru dni obaj są już w domach.


Prokuratura prowadzi dochodzenie

Statek ze zwłokami marynarza popłynął do Kanady i USA. - Obowiązujące procedury nie pozwalały na zostawienie ciała w Irlandii i szybkie przetransportowanie do Polski - zaznacza Sieradzan. - Można to było zrobić dopiero w Montrealu w Kanadzie. W kraju ciało było w ostatnim dniu lipca, stąd dopiero niedawno odbył się pogrzeb.
Szef biura personalno-administracyjnego zapewnia, że tak rodzina ofiary jak i poszkodowani w wypadku dostaną odszkodowania.

Jeziorowiec "Isa” pływa pod banderą cypryjską. Sprawy nie będzie więc rozpatrywała polska Izba Morska.

- Ale ponieważ zginął człowiek dochodzenie prowadzi prokuratura w Szczecinie - wyjaśnia Paweł Szynkaruk, dyrektor PŻM. - Sprawę dokładnie bada też administracja morska kraju bandery, czyli Cypru, swoje badania prowadzi ubezpieczyciel. Wyjaśnieniem przyczyn wypadku zajmuje się także komisja przeciwawaryjna armatora.

Kapitan Sieradzan mówi, że ta lina nie miała prawa się zerwać. Ma wytrzymałość 10 razy większą niż ciężar łodzi i atest na 5 lat, a wymieniona została 2,5 roku temu w czasie klasowego remontu statku w Korei Płd.



Krystyna Pohl, 16 sierpnia 2006 r.