Wyjechać i zarobić

 

- Sprzedaliśmy samochód, żeby starczyło na wszystkie opłaty - opowiada pani Agnieszka z Trzebiatowa, której narzeczony w grudniu ubiegłego roku wyjechał do pracy w Irlandii. Za miesiąc kobieta dołączy do niego.

Na „zielonej” wyspie czeka na nią praca.

- Właśnie złożyłam dokumenty na paszport. To mój pierwszy wyjazd w życiu tak daleko. Jestem jednak spokojna, bo praca jest legalna, załatwił ją narzeczony - tłumaczy pani Agnieszka.

Na pracę za granicą decyduje się coraz więcej mieszkańców mniejszych miasteczek. Marzą o samodzielnym „M”, samochodzie i paru groszach na własny interes, który mogliby uruchomić po powrocie. Jednym udaje się „wielka włóczęga”, inni wracają z długami.


Wymarzone cztery kąty

Są ze sobą od ośmiu lat. Pani Agnieszka ma nastoletniego syna. Na czas wyjazdu chłopiec zostanie pod opieką dziadków. Decyzja nie łatwa, ale jak mówi - to ostatni moment na taki krok.

- Narzeczony miał pracę na miejscu. Miesięcznie wyciągał powyżej tysiąca złotych, ja dorabiałam w sezonie jakieś siedemset - wylicza kobieta.

Da się za to przeżyć. Ale trudno oszczędzić. To życie z dnia na dzień.

- Mieszkam z rodzicami, niedługo stuknie mi trzydziestka. Człowiek chciałby mieć wreszcie jakiś własny kąt, ale z czego? Nie ma jak odłożyć, a kredytu nie wezmę, bo przy jednej stałej pensji, to samobójstwo - mówi pani Agnieszka.

Żeby jej partner mógł wyjechać do pracy sprzedali samochód. Trzeba było zainwestować, ale wydatek zaczyna się zwracać. Za kilka dni przyjedzie do Polski na pierwsze wakacje. Od wyjazdu jeszcze się nie widzieli. A rozmowa przez telefon, gdy licznik bije, raczej się nie klei.


Pojechali inni, ja też mogę

Historia Agnieszki staje się udziałem coraz większej liczby młodych na dorobku. Rodzice żyją z renty. Nie mogą pomóc tak, jakby chcieli. Bez kwalifikacji w Polsce trudno o dobrze płatne zajęcie.

- Nawet jak je masz to i tak tyrasz za marne grosze - mówi Marcin z Gryfic. - Skończyłem studia, zrobiłem podyplomówkę i mogę dostać pracę za maksymalnie 1200 złotych brutto - mówi gryficzanin. - Czyli albo zacznę dorabiać na fuchach, albo będą wegetował. Z taką pensją mogę zapomnieć o kupnie mieszkania, z wynajmem będzie też trudno, co zostaje? Pakować się i jazda do Anglii, gdzie przynajmniej 7 euro za godzinę dostanę. Podszlifuję też język - tłumaczy.

Marcin szuka kontaktów wśród znajomych, którzy już wyjechali. Tylko tak można znaleźć jakąś pracę w miarę bezpieczny sposób - uważa.


Czterdziestolatkowie też jadą

Na wyjazd decydują się osoby w różnym wieku. Młodzi są odważniejsi, ale czterdziestolatków nie brakuje.

- Podjęłam decyzję o wyjeździe za granicę - mówi Anna z Kołobrzegu. - Córka jest dorosła, mieszka w Stanach. Syn w tym roku poszedł na studia, usamodzielnił się. Znalazłam dla siebie ofertę pracy w Londynie jako opiekunka do starszych osób. Mówię dość dobrze po angielsku - wyjaśnia pani Anna.

Wcześniej prowadziła mały biznes. Rynek okazał się okrutny. Zwinęła „żagle” zanim firma zaczęła przynosić straty.


Nabici w butelkę

Wyjazd na obczyznę to, niestety, ryzyko. Każdy szukający pracy staje się łakomym kąskiem dla oszustów. Przekonała się o tym Iza z Kołobrzegu, która w ubiegłym roku wyjechała ze znajomymi do Londynu.

Ogłoszenie o pracy znaleźli w jednym z największych ogólnopolskich dzienników. Pośredniczka mieszkała w Sochaczewie - relacjonuje dziewczyna. Załatwienie „pewnego” miejsca kosztowało każdego po 500 złotych, następne 200 funtów poszło w ręce londyńskiego pośrednika, który przejął grupę na dworcu i załatwił nocleg.

- Mieliśmy pracować w gospodarstwie ogrodniczym w miasteczku oddalonym od Londynu o jakieś 35 kilometrów - wspomina Iza. Na miejscu każdy z uczestników musiał zapłacić właścicielowi gospodarstwa po 120 funtów kaucji. - Poinformowano nas także, że zamiast obiecanych sześciu funtów na godzinę, będziemy zarabiać po trzy. Pracujące tam kobiety powiedziały, że od miesięcy nie dostają pensji, że zabrano im paszporty i są zastraszane - mówi Iza.

Kobieta po kilku dniach uciekła z „trefnego” gospodarstwa.


Marzena Domaradzka, 29 kwietnia 2005 r.