Nabici w apartamentowce

Kliknij, aby powiękrzyć
Spółdzielnia "Reda” zbankrutowała, a sąd rozstrzygnie, czy lokatorzy rzeczywiście mogli nie wiedzieć o hipotekach.
Fot:
Marian Klasik

 

Kłopoty z prawem byłego burmistrza Międzyzdrojów. Prokuratura oskarża go o działanie na szkodę członków spółdzielni mieszkaniowej "Reda”.

Chodzi o głośną sprawę budowy w Międzyzdrojach mieszkań i apartamentowców przez spółdzielnię mieszkaniową "Reda”. Jerzy N. był wtedy jej prezesem. Prokuratura postawiła mu pięć zarzutów.

Dotyczą głównie wprowadzania w błąd inwestorów i nadużycia uprawnień w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Oskarżony twierdzi, że jest niewinny. Ze względu na charakter sprawy, śledztwo przejął V Wydział Śledczy Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.


Pierwsza rata, a potem nowa wpłata

Sprawę nieprawidłowości w spółdzielni ujawniła Krystyna S., która wraz z mężem chciała kupić mieszkanie w "Redzie”. Był rok 1999. Prace na budowie trwały. Kobietę skusił projekt budynku, który wisiał na ogrodzeniu placu budowy. Postanowiła kupić kilka mieszkań na tym samym piętrze.

Po podpisaniu aktu notarialnego, Krystyna S. wpłaciła pierwszą ratę w wysokości 325 tys. zł. U notariusza zorientowała się, że nieruchomość jest obciążona hipoteką. Władze "Redy” zapewniły ją jednak, że w momencie odbioru mieszkania wszystkie zobowiązania będą uregulowane.

Według zapewnień Jerzego N., budynek miał być gotowy na początku 2000r. ale już kilka miesięcy wcześniej kobieta zorientowała się, że prace na budowie nie trwają. Wtedy otrzymała odpowiedź, że bank wycofał się z dalszego kredytowania inwestycji i z kupna mieszkań wycofała się część chętnych.

W maju 2000 r. dowiedziała się, że budowa opóźni się o kolejne miesiące. Władze spółdzielni przysłały jej list, w którym piszą o fatalnej kondycji "Redy”. Ich zdaniem, jedynym rozwiązaniem miały być kolejne wpłaty od przyszłych właścicieli. Dzięki temu budowa miała być kontynuowana, a dodatkowe koszty zostałyby zwrócone po sprzedaży kolejnych mieszkań.

Okazało się, że w podobnej sytuacji jest kilkanaście innych osób, które wpłaciły już po kilkaset tysięcy złotych na mieszkanie, czy apartament. W 2000 r. doszło do spotkania lokatorów z władzami spółdzielni. Chcieli się dowiedzieć, kiedy w końcu zostaną podpisane z nimi końcowe akty notarialne. Zamiast tego dowiedzieli się, że spółdzielnia ma kłopoty oraz długi wobec banków i innych podmiotów.

Prezes zapowiedział, że akty własności dostaną tylko ci, którzy wniosą dodatkowe opłaty do wcześniejszych kwot. Doszło do awantury. Część osób zgodziła się dopłacić, aby nie stracić wniesionego już wkładu. Sprawa trafiła jednak do prokuratury.


Apartamenty z widokiem na Bałtyk

Spółdzielnia Mieszkaniowa "Reda” powstała w 1995 r. Założyło ją dziesięć osób. Od początku prezesem był Jerzy N. Plany były ambitne. Spółdzielnia miała budować mieszkania dla swoich przyszłych członków, a także luksusowe apartamentowce dla każdego, kto chciał wyłożyć sporo gotówki za pokój z widokiem na morze.

W momencie rozpoczęcia inwestycji spółdzielnia nie miała żadnego majątku. Budowa miała być finansowana z wpłat przyszłych właścicieli mieszkań. Inwestycja o nazwie "Zabudowa mieszkaniowa i apartamentowa Reda w Międzyzdrojach” ruszyła w 1996r. Miało powstać dziewięć budynków mieszkalnych i dwa apartamentowce.

W pierwszym etapie władze spółdzielni zobowiązały się wybudować 94 mieszkania (w tym kilkanaście na poddaszu), 54 garaże. Do jesieni 2000r. wszystko szło nieźle. Wybudowano 57 mieszkań, a w trzech był stan surowy otwarty.


"Reda” nie ma z czego płacić

Na budowę i zakup gruntu pod inwestycję spółdzielnia wzięła dwa kredyty na łączną kwotę 3,7 mln. zł. Zabezpieczeniem kredytu była hipoteka ustanowiona na tych nieruchomościach. Zainteresowanie mieszkaniami okazało się mniejsze niż władze spółdzielni przewidywały. Do tego doszedł kryzys na rynku nieruchomości.

Spółdzielnia wpadła w kłopoty finansowe. Nie spłacała kredytu. Wykonawcy i podwykonawcy zaczęli się wycofywać, bo nie otrzymywali pieniędzy za pracę. W końcu konta bankowe "Redy” zajął komornik. Poszukiwania inwestora strategicznego też nie przyniosły rezultatu.

Według prokuratury mimo tych kłopotów, władze spółdzielni nadal przyjmowały pieniądze od chętnych na mieszkania, choć było wiadomo, że nie da się ich wszystkich wybudować.

"Choć spółdzielnia nie posiadała żadnych możliwości kontynuowania inwestycji, zataiła przed niektórymi nabywcami wysokość zobowiązań - czytamy w akcie oskarżenia - Nie informowała ich, ile wynoszą obciążenia wobec banków, jak również zobowiązania wobec innych osób, które zaczęły dochodzić swoich roszczeń”.

Dlatego, zdaniem prokuratury Jerzy N. i pozostali członkowie zarządu spółdzielni odpowiedzą za wprowadzenie w błąd inwestorów. Miało to polegać na tym, że oskarżeni obiecywali lokatorom prawo własności do mieszkań po wpłaceniu przez nich pieniędzy. Obiecywali, choć wiedzieli, że spółdzielnia nie ma możliwości zakończenia budowy.


Kuriozalna umowa

Sytuację miała pogorszyć jeszcze umowa, jaką władze "Redy” podpisały z jednym z chętnych., który chciał kupić kilka mieszkań. Zapłacił za nie 555 tys. zł. Do umowy wprowadzono jednak zapis, że spółdzielnia odda mu pieniądze, gdy mieszkania nie powstaną na czas, a w dodatku zapłaci mu 3 procent kwoty za każdy miesiąc od momentu podpisania umowy.

Tak też się stało. Mieszkań nie było na czas, a kontrahent wystąpił do sądu, który ustanowił hipotekę na nieruchomościach spółdzielni. Ponieważ "Reda” nie miała z czego zwrócić mu pieniędzy, zgodnie z prawem mężczyzna zaczął się ich domagać od lokatorów - członków spółdzielni. O istnieniu takiej hipoteki lokatorzy nie byli wcześniej poinformowani.

- Ta kuriozalna umowa była przekroczeniem uprawnień przez zarząd "Redy” - twierdzi prokuratura. - Władze spółdzielni wiedziały, że wykonanie takiej umowy jest niemożliwe i świadomie wprowadziły w błąd pokrzywdzonych nie podając w aktach notarialnych istnienia hipoteki.

Na ławie oskarżonych wraz z Jerzym N. zasiądzie jeszcze trzech członków zarządu spółdzielni mieszkaniowej "Reda”.
Do dzisiaj nie udało się zakończyć budowy dwunastu mieszkań.
Jerzy N. nie przyznaje się do winy. Nie zgadza się z zarzutami prokuratury.

- Nie jest prawdą, że przywłaszczyliśmy sobie jakieś pieniądze. Przecież my podpisaliśmy weksle na własne majątki. Chcieliśmy wybudować te mieszkania. Przeinwestowaliśmy. Niestety, to się zdarza. Bardzo mi przykro, że te dwanaście osób nadal nie może zamieszkać w swoich domach - powiedział "Głosowi”.

 

Mariusz Parkitny, 22 lipca 2005 r.